Rok za rokiem...

(download)

Minął rok od końca naszej fantastycznej przygody na południowych wybrzeżach słonecznej Hiszpanii, w zabytkowych murach pięknej Granady. Nie umiem wyrazić tęsknoty, jaką żywię za tym miejscem i za jego niezapomnianymi widokami. W zasadzie coraz częściej przekonuję się, że to nie tęsknota za samą Granadą, ale za wszystkim co się z nią łączyło i po czym zostały wspaniałe wspomnienia i lekkie rozgoryczenie, że nie zrobiłam więcej, że nie zapamiętałam więcej, nie zwiedziłam więcej, nie poznałam więcej, nie kochałam mocniej i że nie sprawiłam, aby czas mijał wolniej, podczas gdy ja mogłabym wkładać więcej momentów i emocji między wskazówki nieubłaganego zegara, z którym przecież walczyć nie ma sensu.

Teraz myślę o samych początkach, o Maladze, o pierwszych fiestach, karaluchach, wycieczkach, Uni, Meksykańczyku z bazooką, zachodzie słońca, o górach (ach, te góry!), o autobusie, o Alcampo (Boże, gdzie moje pieniądze?), o sklepach z ubraniami (bluzka za 2 ojro), o alkoholu (którego nie żałuję ani kropli, nawet pamiętając poranki…), o Santanderze i Movistarze, o cudownym morzu i upalnych dniach, kiedy nic się nie chciało robić… i nic się nie robiło, o telenoweli, w której koleś przez 20 minut mówił, że już idzie i wciąż stał w kuchni, o planach, z których nic nie udało się zrealizować i o wszechobecnej zajebistości, która wówczas roztaczała nad nami opiekę.

Każde słowo na tym blogu traktuję nie tylko jako wspaniałe przypomnienie niesamowitej przygody, ale jako część czegoś, co pozostanie na zawsze, do czego można wrócić, gdy mam zły humor, gdy nic się nie układa czy po prostu kiedy mam ochotę. Zamykam wtedy oczy i wracam właśnie tam – na Pedro Temboury 25, siedzę w dresiku z Ballantinen’sem i jem słodki popcorn. Właśnie wróciłyśmy z Gos ze sklepu i mamy nową pościel. Planujemy założyć barek i co jakiś czas napić się drinka. Plan był świetny, nawet nam się to udało. Nasz barek codziennie składał się z jednego alkoholu i był w stanie przetrwać jakieś 3 godziny.

Potem myślę o locie Katowice – Barcelona – Malaga. Najgorsza podróż życia, dzięki której wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych (nie, Gos?). Pamiętam trud, pamiętam jak było ciężko, jak miałam dosyć i chciałam się poddać. Teraz każda cząstka z tych emocji ma wartość, o której wtedy nawet nie marzyłam.

Myślę o wycieczkach, których w końcu, aż tyle nie było, ale udało się je zorganizować, udało się zwiedzić porządny kawałek południa. Cudowne Costa del Sol, fantastyczna Costa Blanca, samojeżdżacy samochód samobójca, mnóstwo śmiechu i mnóstwo słońca. Każdy moment z tych wyjazdów staram się wyjmować z zakamarków pamięci i odświeżać, co jakiś czas, bo ten okres ma wartość wyjątkową.

Potem przypomina mi się szkoła: stołówka, zajęcia, pisanie prac, brak rozumienia podstawowych informacji przekazywanych przez pozytywnie nastawionych nauczycieli, niezbyt długo trwające próby nauki czegokolwiek, kanapki z pastą pomidorową (jak one się nazywały?), piwo w trakcie zajęć, sześć polek na jednym przedmiocie, strach, że ktoś mnie o coś zapyta, prezentacje przed trzydziestoma osobami, mówiąc/czytając coś, czego nie rozumiem do dziś. Jakże inna to była szkoła od tej, którą mamy w Polsce, którą mam teraz?

Myślę też, o ludziach: o Monice, której dziękuję po raz kolejny za wspaniałe przyjęcie, o Marcie i Adze, o Sylwii, Ani, Malwinie, Vanessie, Michale, o znajomych z kursu, o Stefanie i Danielu, o sporej liczbie przypadkowo spotkanych i zapomnianych osób oraz innych, których, wybaczcie nie chce mi się wpisywać ;), ale pamiętam Was! Bo gdyby nie Wy, to ten wyjazd miałby przecież tak zupełnie inny charakter! A przede wszystkim o mojej kochanej Gos :*

Myślę o tym wszystkim nie bez obawy. Czy uda mi  się to zapamiętać na zawsze? Ile z tego wyblaknie w pamięci, a ilu wspomnieniom dziurawe jak sitko naczynia umysłu pozwolą umknąć? Ile z tego wyblaknie w promieniach innych zdarzeń, z pewnością ważniejszych? I cieszę się, że miałam okazję doświadczyć tego, bo dziś jestem osobą tak zupełnie inną niż pod koniec sierpnia 2008 roku, gdy wyjeżdżałyśmy. Magiczne chwile zdarzają się tak rzadko! A co dopiero magiczny rok…

  Za każdą sekundę, za każdą minutę, za każdą godzinę, za każdy dzień, za wszystko – dziękuję…

Costa del Sol (tłum. Piękne Wybrzeże Radośnie Wstającego i Zachodzącego Słońca)

Ostatnimi czasy postanowiłyśmy zobaczyć wreszcie coś więcej niż Granadę, co implikuje fakt, iż należy z niej wyjechać. Z początku kierunek był nieokreślony, niejasny niczym ciemny pokój. Lecz z czasem Słońce pokazało nam, gdzie leżą nasze marzenia, tęsknoty i pragnienia. Wybrzeże Słońcowe. Jako, że jesteśmy dojrzałymi, pewnymi siebie kobietami, postanowiłyśmy wynająć samolot. Okazało się jednak, iż żadna z nas nie wzięła prawa lotu z Polski, więc zadowoliłyśmy się samochodem (dostałyśmy cudownego, granatowego Fordzika Fokusika). 
Nasza wycieczka rozpoczęła się dnia 08.05.2009 o godzinie 09.30 rano, gdyż o tej porze opuściłyśmy nasze stałe miejsce zamieszkania na rzecz poszukiwań biura, z którego miałyśmy odebrać samochód. Wydawało się to misją trudną, prawie niemożliwą. Po godzinie biegania w tę i z powrotem, okazało się, że stałyśmy prawie pod biurem. Z lekkim opóźnieniem opuściłyśmy Granadę na 3 dni i ruszyłyśmy szlakiem niezbadanych zakamarków południowej Hiszpanii. Na pierwszy ogień poszła Ronda, gdzie zobaczyłyśmy most, a Wyszomirska pobiła Martę… Ruszyłyśmy dalej. Jadąc krętą drogą trochę szybszego ruchu, którą zjeżdża się w dół do Marbelli, naszym oczom ukazał się las… pięknych widoków, więc postanowiłyśmy zatrzymać się na sekundkę i uwiecznić go. Roześmiane i rozradowane pstrykałyśmy zdjęcia jak głupie przez 10 minut, a gdy zaczęłyśmy wracać w stronę samochodu, zatęsknił on za nami i postanowił rzucić się nam na spotkanie, co spowodowało nasze zdziwienie, następnie pewność, że ktoś go kradnie, później szok, aż na końcu jednak stwierdziłyśmy, że może by go jednak zatrzymać. Szkoda, że Fokusik nie pomyślał, że się sam nie zatrzyma, gdy rozpoczynał swoją wędrówkę w naszą stronę… Ale dzięki naszej bohaterskiej akcji (dziewczyny łapały samochód od przodu, Wyszomirska, próbowała wskoczyć do środka, a Gos próbowała negocjować z Fokusikiem, trzymając go za rękę). Okazało się, że Fokusik woli jak się mocniej postępuje z jego drążkiem i należało zaciągać ręczny do końca. 
 Na kolejny punkt naszej wyprawy wybrałyśmy Marbellę, w której zatrzymałyśmy się na noc w luksusowej willi należącej do Gos. Z rana zwiedziłyśmy wszystkie muzea, zamki i zabytki, które udało nam się znaleźć. 
Następnie pojechałyśmy na Gibraltar. Niestety, ze względu na wiatr i inne trudne warunki atmosferyczne wjazd kolejką na samą górę został uniemożliwiony. W pewnym momencie pojawił się przed nami tajemniczy człowiek, który zaczął roztaczać przed zaskoczonymi polkami wspaniałe wizje wjazdu na Górę Gibraltarską minivanem, czy innym pojazdem. Po pół godzinnej opowieści (gdy w końcu zapytał się czy mówimy po angielsku) zwabione cudownym głosem ów osobnika oraz jego umiejętnościami marketingowymi (obiecał za brak małp zwrot kosztów) Aga i Marta dały się skusić. I mądrze zrobiły. Zobaczyły wszystko, co można zobaczyć, podczas gdy Wu, Gos i Chwastek siedziały w angielskim pubie, gadając z małpami. Odtańczyłyśmy taniec Słońca i chmury rozstąpiły się, umożliwiając dotarcie do naszego drugiego noclegu w luksusowej posiadłości Wu w Torremolinos. Piękne widoki tego miasta zachęciły nas, aby udać się tam na dłuższy wypoczynek w lipcu (nas dwie, z tamtymi już nigdzie, nigdy nie pojedziemy. Pozdrawiamy dziewczyny :D). 
Ostatniego dnia wybrałyśmy się do miejscowości Nerja, gdzie zobaczyłyśmy jakieś jaskinie z jakimiś słupami po środku czy coś, ale co najważniejsze poszłyśmy na plażę. Wróciłyśmy o godzinie 22.00 wieczorem. 
Dnia 11.05.2009 Wyszomirska miała imieniny, więc rano dostała prezent. Szkoda, że od pani policjantki (której nie pozdrawiamy) i szkoda, że mandat. Jak się okazuje w GRX budują nam metro i po wszystkich ulicach nie można jeździć, gdyż można tam znaleźć znaki zakazu i mandaty. Ostatecznie sprawa zakończyła się dobrze. Wjechałyśmy w kolejny zakaz wjazdu i udało nam się oddać wreszcie nasz cudowny samochód (który owszem pozdrawiamy serdecznie). 

In-dżoj fotołs i Pozdro Cziken. 

(download)

Kolejna produkcja kurczakowa

(download)

Joł!

Dawno nas nie było, bo mamy, jak wiecie, mnóóóstwo zajęć. Piszemy, bo już nam zapchaliście skrzynki odbiorcze prośbami o nowego posta.

W tym odcinku przedstawimy naszą drogę na Uniwerek. Film został wykonany w marcu, ale trochę nam było nie po drodze do komputera. Poza tym konferencja goni konferencję, a pingwiny same się nie uratują. Bejsikli, zbliża się kolejna sresja, więc zakuwamy jak szalone. Za nami już jedna prezentacja wygłoszona w języku HISZPAŃSKIM z przedmiotu makroekonomicznego. Poszło nam cudownie, mimo że troszkę się naćpałyśmy Persenem i Kalmsem, co spowodowało naszą kompletną obojętność na pytania nauczyciela.  I na wszystko inne w sumie też… Eni łej (przp. red. tak czy siak) Pan powiedział, że poszło nam świetnie, cytat, ”lepiej niż wielu Hiszpanom”, koniec cytatu. A obecnie rozpoczęłyśmy przygotowania do kolejnego występu, również w języku HISZPAŃSKIM, który to występ odbędzie się dnia pierwszego czerwca roku pańskiego dwa tysiące dziewięć (01.06.09) o godzinie 19.30. Pozwalamy Wam trzymać za nas kciuka. Albo nawet dwa. Jak ktoś ma więcej musi zgłosić się do nas o pisemną zgodę na trzymanie dodatkowego kciuka. Czas oczekiwania na odpowiedź: 10 dni roboczych. Trzymanie kciuka bez pisemnej zgody będzie surowo karane. Taryfikator dostępny na stronie głównej policji (polskiej i hiszpańskiej).

Po tym kompletnie nie chaotycznym, krótkim wstępie zapraszamy na seans. PAMIĘTAJ! Zostaw kino tak, jak je zas(t/r)ałeś! I papier prosimy wrzucać do kosza, bo spłuczka się zapycha.

In-dżoj!

Taki sobie post :)

Hmm nie wiem jak zacząć w ogóle, ale od razu z góry piszę, że post jest całkowicie w 100% ode mnie, czyli Oli:P

Chciałam bardzo oficjalnie podziękować QrczaQ'owi  
Jesteśmy ze sobą praktycznie 24 godziny na dobę od dnia 21 sierpnia 2008 roku, dla niektórych to jest niemożliwe i dawno by się pozabijali:P 
Ja przed wyjazdem zastanawiałam się jak to wyjdzie z nami, bo mimo, że studiowałyśmy razem przez trzy lata, to tak naprawdę zaczęłyśmy się poznawać po rozpoczęciu trzeciego roku. Właściwie to Idze (tak, QrczaQ ma imię... to Iga!) zawdzięczam to, że tu jestem. Hmm a jakby się głębiej zastanowić to Magdzie Augustyn... bo to był jej pomysł z wyjazdem na Erasmusa. Ona namówiła Igę, a Iga mnie ( powiedziała: złóż z nami papiery na Erasmusa, na co ja odpowiedziałam: ok). No niemniej jednak jestem tu i robię to (tekst Igi).
No więc żyjemy tak sobie we dwie i już kilka razy doszłyśmy do wniosku, że idealnie dobrałyśmy się na Erasmusowe partnerki. Oczywiście miałyśmy drobne spięcia, bo to niemożliwe, żeby ich nie mieć, ale już nikt nie pamięta o co poszło i wszystko zostało w przeszłości :) Kończyło się winkiem/ananaskiem/ballanteinsem na zgodę i nie trzeba już było żadnych słów i mogłyśmy dalej wrócić do naszego awesome lajf.

Zostało nam jeszcze 3 miesiące w Granadzie, ale już jak do tej pory zebrało się kilka rzeczy, które będą mi się kojarzyły tylko i wyłącznie z Qrczakiem i Granadą, m.in.:

- Jedzenie gorącej bagietki z Nutellą prosto ze słoika, na ulicy w deszczu (nie musi koniecznie padać)
- seriale, seriale i jeszcze raz seriale: 
  • Alias (zdecydowany numer jeden!)  ------>  artefakty Lambardiego, dzwięk w słuchawce, którego nie da się opisać, Vaugh gaszący światło (żartowniś...)
  • How I Met Your Mother ------> awesome, legen...wait for it...dairy, szampan i truskawki,
  • Desperate Housewives
  • I inne jakieś
- I'm fucking Matt Damon (albo jak to QrczaQ mówi: Dejmond--> bo się lepiej wymawia), jako kontynuacja: I'm fucking Hannah Montana
- Knock Knock/ Ding Dong
- szampan i truskawki,
- Szwecja: każdy zna historię: Hello I'm from Sweden, my name is Ikea, and this is Nokia!
- Luka, Alicja Majewska
- Huśtawki pod blokiem na placu zabaw, wracając nad ranem z imprez i obgadywanie imprezki,
- porkęj dżął?
- Alcampo!
- niedzielne spotkania przy winku, tapasach, grach, kartach (również z niewiastami z Wrocławia)
- i wiele innych o których teraz nie mogę sobie przypomnieć

Na zawsze zapamiętam niespodziewanki QrczaQa z ostatniego czasu:
  • wracam sobie po zajęciach, a tu czeka na mnie mega super ekstra przepyszna wspólna kolacyjka!
  • leżę wczoraj w łóżeczku, czekam na Kurskien, kiedy przyjdzie do mojego łóżeczka na oglądanie 4 serii How I Met Your Mother ( to już jak rytuał!), wchodzi Qrczaczek z winkiem białym, ogromnym talerzem truskawek z Nutellą i świeżego ananaska z cukrem i suprprajs!
  • urodzinowy Ballentains, książka z przepisami na tapasy (tutaj w tym samym miejscu przypomnę fakt super niespodzianki dziewczyn z Wrocławia---> torcik urodzinowy!)
Także QrczaQ strasznie mocno, gorąco i szczerze dziękuję Ci za wszystko! Za to, że jesteśmy tu we dwie, za Twoje mega przemiłe niespodzianki, za szczerość, za wspólne imprezy, powroty do domu nad ranem w świetnych humorach, za zrozumienie bez słów, za pożyczanie gumek do włosów, które wiecznie gubię, za słownik hiszpańskiego, za to że wreszcie nam się udało gdzieś wyjechać ( ostatnie dwa dni spędziłyśmy na plaży opalając się i kąpiąc w morzu, bo u nas jest bardzo ciepło), za ratowanie z głupich sytuacji na imprezkach i od razu za wszytko co jeszcze przed nami!

                        Dziękuję:*

(download)

(download)

Na poważnie (tak się drażnię)

Dawno nas tu nie było, ale to nie jest nasza wina. Tylko wasza! Tak! Dokładnie tak! Zdziwieni?! My też...
Eni łej (przyp.red.: tak czy siak) postanowiłyśmy znowu napisać, mimo że mamy mnóstwo pracy na uczelni i w nocnym klubie (gdzie pracujemy, tak tak...Ronald McDonald już nas nie wspiera finansowo...). 
Generalnie to się nic nie dzieje. Nudy jak w polskim filmie. Siedzimy i nic się nie dzieje. No to sobie tak siedzimy. Czasami odwiedzą nas koleżanki... z Polski. Pzdr dziewczyny! Prowadzimy firmę EAzul. tak tak drodzy Państwo: gramy tutaj w Markstrat. Jako zaliczenie przedmiotu, bierzemy udział w grze polegającej na prowadzeniu swojej firmy. Idzie nam znakomicie! Na 12 grup jesteśmy pierwsze! Ale zacznijmy od początku...

POCZĄTEK: przygotowanie do gry
Niedziela. Godzina 16:00. Mieszkanie na Los Kabatos, na El Ursynowie. Ola, Iga, Marta i Agnieszka.
Spotykamy się w bojowych nastrojach. Ubrane w moro, z pomalowanymi twarzami, gniazdami na głowie aby konkurencja nie zauważyła naszych planów co do czer men miting, zasiadamy niczym rycerze okrągłego stołu, przy okrągłym stole. 

16:00
- Zróbmy praktykę to będziemy wiedziały na czym to w ogóle polega
- Hurra! Rozwalimy ich!

16:02
- Jakieś dziwne to jest...

16:03
-Chce ktoś herbatę, bo idę robić?
(zbiorowy śmiech)

16:04
- Nawet niezłe to wino za ełraka!
- No, no!

16:05
- Wiecie co? Widziałam wczoraj śliczne buciki!
- No coś Ty! Jakie?
- No więc: bla bla bla

16:55
-Musiały być śliczne!
- Może jednak zróbmy coś z tym Markstratem?
-No ok...

17:00
-Jakieś dziwne to jest..
-Ej mamy Monopoly!
- U u! Zagrajmy! To będzie takie przygotowanie :)

02:00
- Kończymy? Bo wino się kończy, nie ma co tak o suchym pysku siedzieć

03:00
- Ej naprawdę kończymy!
- No no! U u!

04:47
- No to dzięki dziewczyny za miły wieczór i noc ten tego
- Nekst tajm u Was

Wtorek

18:30 - zajęcia z Markstratu, nasza pierwsza decyzja - ustalić cenę naszych 2 produktów, podaż, segmentacja, prawdopodobnie jeszcze coś.
- Yyyyyyy
- Eeeee
- U u! E jednak nie...
- Zjadłabym jakieś mięso...

22:40- wyniki
- O kurczę mać! (tylko, że nie powiedziałyśmy "kurczę"...)
- Jeszcze się odbijemy!

No więc podsumowując: jesteśmy pierwsze. Od końca. Tadam! Ale jeszcze się odbijemy
PS: Jesteśmy właśnie po 4 decyzji. Wciąż jesteśmy pierwsze. Tak jak wtedy. Ale jeszcze się odbijemy!
PS2: Jeżeli czyta to nasz przyszły pracodawca, to chcemy, żeby wiedział, że wszystkie decyzje podejmuje Agnieszka z Martą! My nie mamy nic do powiedzenia, bo      
jesteśmy terroryzowane przez nie! One są starsze! Dużo starsze!

No Eni łej (przyp. red.: tak czy siak) u nas jest 24 stopnie, świeci słońce, już jesteśmy opalone, chodzimy w samych cwetrach, codziennie wieczorem biegamy, kąpałyśmy się już w morzu (13 razy), popołudniami siedzimy w naszym ulubionym, zaprzyjaźnionym barze ( pozdrowienia dla Juana Carlosa, Frederica Moreny, Jose Sanchez, Gabrielle Solis, Jennifer Lopez i Enrike Iglesiasa!). Natomiast wieczorami spotykamy się z naszymi międzynarodowymi znajomymi, chodząc do teatrów, biorąc udział w panelach dyskusyjnych oraz konferencjach. Ostatnio bardzo zainteresował nas temat wpływu zażywania środków antykoncepcyjnych przez pingwiny w dobie kryzysu ekonomicznego w Europie oraz rosnącej populacji mrówkojadów. Na szczęście udało nam się znaleźć konferencję na ten temat (a byłyśmy bliskie rozpaczy, byłyśmy!). Pani Wu zrobiła zrobiła raporcik z tejże konferencji, jednak jako, że ma on ponad 1287 stron to nie mieści się na naszym blogu (ale nie martwcie się dzieci! Możecie go znaleźć na stronie: http://www.wplywzazywaniasrodkowantykoncepcyjnychprzezpiwngwinywdobiekryzysuekonomicznegoweuropieorazrosnacejpopulacjimrowkojadow.org
Jednak my na naszym blogu przedstawimy jedynie raport Grin PiSu (patrz pliko-sex (haha) szyn).

No i ogólnie trochę zdjęć Wam pokażemy. M.in. z urodzin Oli (dostała cudowny, pyszny tort od niewiast z Wrocławia, dziękuje ślicznie:* ), uczelni i takich tam.

Pzdr Cziken!

Szczególne Pzdr Cziken dla eS :* (ale nie od Igi)

(download)

Click here to download:
Raport.pdf (79 KB)
(download)

(download)

Sesja sresja

Zasadniczo sprawa wygląda tak, że długo nas tu nie było. Co prawda, to prawda, a do tego najprawdziwsza z prawd jest to. JednakoWĄŻ dużo się nie działo. Dziś (30.01 roku pańskiego 2009) miałyśmy nasz pierwszy hiszpański egzamin :O I uczyłyśmy się do niego namiętnie i z poświęceniem całej naszej energii i naszego życia towarzyskiego. Brody nam urosły do podłogi, a świat nas nie widział od wieków. Zdziczałyśmy i jedyne chwile, kiedy wychodziłyśmy, to w nocy, gdy Granada otulona była delikatnym światłem Księżyca, aby upolować jakiegoś jelonka i złapać dziewicę ( o co nie jest łatwo w dzisiejszych czasach... ech, ta dzisiejsza młodzież). Chciałyśmy podarować ją Bogom w ofierze za zdany egzamin. Musiałyśmy stoczyć wiele walk z naszymi słabościami oraz z innymi studentami również uczącymi się do sesji, a także z dzikimi zwierzętami pałętającymi się po Granadzie w poszukiwaniu padliny i studentów Erasmusa. Niejednokrotnie wracałyśmy z połamanymi paznokciami… A Panią Gos dzisiaj nawet puszka napadła! Puszka ananasów! Ale wytrenowana w boju( Pani Gos, nie puszka – przyp. red. dla mniej uważnych), odparła atak. W każdym razie puszka uciekła. Zamieszczamy jej portret pamięciowy, jakby ktoś widział, to prosimy o kontakt. ŁONTYD DED OR ELAJF! Nagroda jest bardzo wysoka!

 

                No dobra, macie nas, może nie było aż tak strasznie. Ogólnie nasze życie to ciągłe pasmo wychodzenia z domu i powrotów do tego cudownego miejsca, którego ciepło ostatnio kosztowało nas 300 euro za 2 miesiące, co jest zdzierstwem nie z tej Ziemi i my protestujemy i czujemy się oszukane. A propos protestów, dzisiaj mamy strajk autobusiarzy :/ Jeej for as, bo czekałyśmy miliard tysięcy lat (naprawdę!) na przystanku i w momencie, gdy już myślałyśmy, żeby iść na taxi, bo inaczej nasz egzamin byłby kompromajsd, autobus wychylił się zza rogu i z przeraźliwym śmiechem na tablicy rejestracyjnej wskazał na nas kołem i zaczął nas wyśmiewać… Musiałyśmy biec do niego jakieś 3 metry, co wcale nie było takie proste, bo Pani Gos miała obcas, co przysporzyło autobus o wielki LOL. I wtedy go dopadłyśmy i jakoś już nie było mu tak do śmiechu. HA! Zdążyłyśmy w końcu na ten nieszczęsny egzamin i go nawet napisałyśmy. Poszło nam… poszło nam.

 

                A oto kilka zdań, które nam wpadły w ucho, podczas naszych eskapad tu i tam. Zdania te zostały wypowiedziane przez osoby nam kompletnie nie znane i nie ponosimy za nie odpowiedzialności. Ani za osoby, ani za zdania:

 

- UU! Tu coś leży! Na chodniku!

-O! Czy to nie liczba wyimaginowana „i”?!

-Tak! Szybko, podnieśmy ją do kwadratu!

 

 

-Rozmawiałam wczoraj ze śniegiem.

-I co ci powiedział?

-Że nie będzie tu tak leżał w nieskończoność…

 

-Ej, ej! Nie mamy mleka!

-Choroba, jest po 22, a jutro niedziela…

-Możemy iść do nocnego.

-Ja tam nie idę. Jest niebezpiecznie w okolicach nocnego.

-Masz rację… UU! Wiem! Pójdziemy jutro w dzień do nocnego!

 

Siedzimy w salonie, popijamy winko i z zadumą myślimy o nadchodzących latach naszego życia.

-Wiesz co jest najgorsze?

-No nie wiem, co?

-Ja to tak naprawdę w życiu o niczego nie osiągnęłam.

-Ale..

-Nie, nie. Naprawdę. Praca żadna, zero doświadczenia. Jak ja w przyszłości znajdę jakąś dobrą, uczciwą, dobrze płatną pracę?

-Przecież…

-Nie, nie. Naprawdę. Zdałam na prawo jazdy i to wszystko. A miałam takie wielkie plany. Na studiach chciałam zacząć jakąś pracę, zgodną z moimi zainteresowaniami, ciekawą i dobrze rokującą na przyszłość… Nie wiem, naprawdę nie wiem jak to będzie… A ty, doszłaś do czegoś w swoim w życiu?

-Jedyne do czego doszłam, to do wniosku…

 

A w ogóle u nas było dzisiaj 20 stopni. AHAHAHAHA! A ile jest u Was? Pytamy z czystej ciekawości… :P

 

Pozdrawiamy,

Wasze Kurczaki!

(download)

Wizyta rodziców , jeah!

Baaaaaardzooooooo długo nas tu nie było, bo byłyśmy strasznie zajęte! I nie chodzi tu o to, że całymi dniami oglądałyśmy 'Aliasa' , 'Dextera' czy inne badziewie seriale… po prostu miałyśmy strasznie dużo na głowie. Wiece…znajomi, mnóstwooooo znajomych, nauka, bardzoooo dużo nauki i inne.

Jednak znalazłyśmy chwilę żeby opisać pobyt rodziców Oli w Granadzie. Działo się dużo, nie wszystko dokładnie pamiętamy, bo każdemu spotkaniu towarzyszyły spore ilości winka.

Ale w końcu udało nam się dotrzeć na Alhambrę! Ci którzy nie wiedzą czym jest Alhambra to po pierwsze primo: powinni się wstydzić, a po drugie primo zachęcamy do zapytania wujka Googla. On prawdę wam powie. I to prawdę najprawdziwszą! Każdy przewodnik na którego przypadkiem natrafiałyśmy tam (a było ich około miliarda i mówili miliardem języków świata), mówił, że Alhambra jest bardzo ważna i bardzo piękna. A skąd to wiemy? Bo przecież my znamy wszystkie języki świata, daaaaaaa!

No a poza tym to wieczorkami siedzieliśmy w jakiś sympatycznych restauracjach na dobrych kolacjach i winach, albo robiliśmy bifory w hotelowym pokoju rodziców (nigdy w życiu nie pokażemy się już tam…)

Eni łej (przyp.red.: tak czy siak) dziękujemy bardzo za wizytę! Gdyby nie Wy to pewnie nie zwiedziłybyśmy wielu tych miejsc w których byłyśmy, fęęęęęęęks!

 

Oczywiście kilka zdjęć ;)

 

Pzdr cziken!

 

(download)

Trochę z Granady

Postanowiłyśmy pokazać Wam filmik o tym, jak wygląda Granada. Oczywiście nie cała, bo komu by się chciało oglądać całą :P W każdym razie widać naszą podróż autobusem z centrum do domu. Widać również jeden z najważniejszych pałaców w Granadzie.

Życzymy miłego oglądania!

----------------------------------------------------
Odpowiedz na 6 pytań - wygraj wycieczkę do Londynu
i spędź tydzień w stylu Jamesa Bonda!
http://klik.wp.pl/?adr=http%3A%2Fwp.pl%2Fas%2Fkonkurs_bond.html&sid=548

(download)

Z każdym dniem nowsze głupoty...

Dialog 1

 

Pewnego słonecznego dnia, a właściwie już nocy, siedzimy sobie w naszych pokojach (każda w swoim, żeby nie było), nieco podirytowane, bo od 5 godzin próbujemy przetłumaczyć jakiś durny, hiszpański tekst psychologiczny i napisać durną, hiszpańską pracę psychologiczną, gdy tu ni stąd ni zowąd pojawia się dziwny zapach.

-Ej, czujesz?

-Nooo, pewnie ci durni Hiszpanie obiad gotują, przecież dopiero 22 jest!

-No, i jeszcze przypalają. Ciekawe czy się kiedyś gotować nauczą.

-I jeść. Ale dla mnie to jakby gazem zalatuje.

-Mnie się wydaje, że to spalenizna. Chociaż może i gaz. Nieważne, są głupi i pewnie piją teraz to swoje niedobre piwo. Pfff!

-No, i drzeć się zaraz zaczną, bo dzieci na podwórku się będą bawiły. O tej porze najlepiej!

-Banda ciołów! Ale śmierdzi!!

15 minut później, po wejściu do kuchni, Pani Wyszomirska wydała z siebie pewien odgłos, którego tutaj nie przytoczymy z racji naszej niesamowitej kultury osobistej. Otóż na kuchni stał garnek, w którym kiedyś znajdowała się woda (oryginalnie na herbatę) , a obecnie garnek się przypalał wydając z siebie cudowne zapachy spalenizny… I w ten oto prosty sposób, przypaliłyśmy wodę na herbatę (z tego miejsca Pani Gos bardzo przeprasza Zbyszka).

 

Dialog 2

 

Krótki wstęp:

 

Stojąc w kolejce na policję (o tym pisałyśmy kilka postów wcześniej) udało nam się zawrzeć bardzo ważną znajomość.  Otóż o godzinie 8.00, gdy kolejka była formułowana, wszyscy ludzie, czekając już ponad 3 godziny w nie najcieplejszej atmosferze, byli delikatnie mówiąc podirytowani. Każdy pilnował swojego miejsca, swojego numerka, jak biletu do lepszego, hiszpańskiego świata. Ogólnie- napięcie było. A tu nagle, słychać amerykańskie śmichy-chichy i typowo amerykańskie: ‘sweeeeeeeet’. My oczywiście im bardziej zmęczone, tym bardziej szalone. No i tu śmiszki, tam chiszki, wymieniliśmy się numerami i tak się zawiązała nasza znajomość. Musimy zaznaczyć, że chłopaki musieli nas polubić za charakter, bo nasz wygląd mówił, że prysznic i makijaż są nam obce.

 

Eni łej (przyp.red.: tak czy siak):

 

 

Nasza przyjaźń polsko-amerykańska nabrała rumieńców. Głównie dlatego, że nie mamy innych znajomych. To znaczy mamy mnóstwo, ale jeszcze ich nie znamy… To jest tak, że mężczyźni za nami szaleją i musimy ich unikać, a kobiety nas przez to nienawidzą. Tzn. przez to, że faceci nas tak lubią,  nie przez to, że uciekamy. W każdym razie ostatnio, podczas jednej z libacji bezalkoholowych (tak, mamusie, nie musicie się martwić) zgadało nam się, że niedaleko Granady znajduje się Aquapark. No i od razu padł pomysł, żeby pojechać. Następnego dnia siedząc na zajęciach Panie Wyszomierska i Gos postanowiły zrobić listę za i przeciw wspólnego wyjścia do parku wodnego.

 

-No dobra. To pomyślmy o plusach.

-Po pierwsze, będzie świetna zabawa!

-No i się ładnie opalimy!

-I możemy porobić zdjęcia i cały świat będzie nam zazdrościł, HA!

-Hmmm, no… i możemy zobaczyć jak oni NAPRAWDĘ wyglądają <cfaniacki_uśmiech>.

-Ok. A jakie są minusy?

-Oni mogą zobaczyć jak my NAPRAWDĘ wyglądamy…

-No to nie jedziemy.

-Nie ma mowy.

 

Zaznaczamy, że jesteśmy pewnymi siebie, dorosłymi kobietami, które w pełni akceptują swoje ciało. I wystarczy, że my je akceptujemy.

 

 

 

Dialog 3

 

Przygotowując się do egzaminu z matematyki, o którym dowiedziałyśmy się dzień wcześniej, natrafiłyśmy na pewien bardzo poważny problem. Co i rusz zadawałyśmy sobie filozoficzne pytanie, czym są naprawdę liczby rzeczywiste. Zapytałyśmy w związku z tym naszego bardzo dobrego kolegi Googla o to, czym w rzeczywistości są liczby rzeczywiste (celowa gra słów). On natomiast odesłał nas do swojej koleżanki Wikipedii. No to dzwonimy do Wiki i się pytamy. Oczywiście zaczynamy, grzecznie, jakieś cześć, co tam, szmery bajery, żeby nie było, że takie interesowne jesteśmy. Chwilę pogadałyśmy, pośmiałyśmy się, pożartowałyśmy, aż dostałyśmy oczekiwaną odpowiedź. Wynikało z niej, że liczby rzeczywiste to …………………….. wszystkie liczby. No ok… Przyjęłyśmy to z ulgą, że nie ma tu nic podchwytliwego. Ale nie minęło minut pięć, gdy w naszych ostro pracujących móżdżkach zaczęła kwitnąć wątpliwość: czy są liczby nierzeczywiste…? I znów do Googla, bo tylko on nam tu może pomóc w tak trudnej kwestii. On natomiast odesłał nas, do innego kolegi, który wytłumaczył nam, że:

 

Liczby nierzeczywiste- NR- przeciwieństwo liczby rzeczywistych- R.

Liczby, które na dobrą sprawę nie istnieją, choć i tak używane przez ludzi w różnych wypadkach.

ZASTOSOWANIE

Ludzie używają liczb nierzeczywistych w różnych okolicznościach. Oto niektóre z nich:

  • Pomiary odległości
  • Podawanie przybliżonych (i to bardzo) kwot pieniężnych i nie tylko pieniężnych
  • Przekleństwa i klątwy
  • Podawanie przybliżonej ilości towaru

PRZYKŁADY LICZB NIERZECZYWISTYCH (WRAZ Z MOŻLIWYM ZASTOSOWANIEM)

  • W trzy i trochę - ilość towaru, pieniędzy, pomiar odległości
  • W trzy dupy - ilość towaru, pieniędzy (możliwe użycie przy pomiarze odległości, choć rzadko używane, w niektórych regionach Polski używane do określenia kogoś mocno pijanego)
  • W cholerę - ilość towaru, pieniędzy, pomiar odległości, 1 przekleństwa i klątwy (np. "Idź w cholerę!!")
  • W pizdu - pomiar odległości (najpowszechniejsze zastosowanie), Przekleństwa i klątwy (np. "Idź w pizdu")
  • W chuj - ilość towaru, (rzadziej) pomiar odległości

Do liczb nierzeczywistych możemy zaliczyć każdą liczbę, której nijak nie można sobie wyobrazić.

Dla zainteresowanych, kolega nazywa się Nonsensopedia. Polecamy!

 

Tak wyedukowane mogłyśmy przystąpić do bardzo trudnego egzaminu, który trwał 30 min i miał 3 najprostsze pytania na świecie :D

 

 

A na koniec przypowieść, która całkiem nieźle oddaje nasz plan zajęć na Uniwersytecie (zwanym również: Uni) w Granadzie.

 

Szef wielkiej korporacji zwołał zebranie z pracownikami:

-No dobra, przedstawię wam, nasz tydzień pracy:

          1. W poniedziałek odpoczywamy po łikendzie.

         2. Wtorek- przygotowujemy się psychicznie do pracy.

         3. Środa- pracujemy.

         4. Czwartek- odpoczywamy po pracy

         5. Piątek- przygotowujemy się psychicznie do łikendu.

         6. Sobota, Niedziela – łikend.

         Tyle. Czy są jakieś pytania?

Pracownik z końca sali nieśmiało podnosi rękę.

-Szefie… Długo będziemy tak zapierdalać?

 

TADAAAAAAAAAAAM! Koniec na dziś. A teraz wszystkie dzieci pocałujcie Misia w d***.

 

In-dżoj (po hiszpańsku dżoj-In, bo oni mają wszystko na odwrót) – radzi Pan Profesor.

 

Między nami blondynami...

Dialog 1

 

Czwartek. Godzina 16:00. Jemy śniadanie. Impreza była bardzo dobra. Powrót do domu: 9 z groszem (tak mówią sąsiedzi)

Rozmawiamy o nadchodzącej piątkowej imprezie w klubie z widokiem na Alhambrę ( only on our blog. soon!)

 

- Słuchaj, musimy kupić taką małą torebkę, żeby zabrać aparat i foty porobić w ten piątek.

- No.. Słyszałam, że ten klub jest piękny!

- Ty no ale to nie dzisiaj...

- Jutro też nie, bo są zajęcia.

- W sobotę też nie, bo czuję, że sobota będzie ciężka.

- Ty... to chodź w niedzielę!

- Oooo noooo. Mam nadzieję, że pogoda będzie ładna to porobimy foty Granady.

- Super plan!

- No to ok.

 

Pół godziny później, uświadomiłyśmy sobie, że ustaliłyśmy, że w niedzielę (19.10) , kiedy wszystkie sklepy są pozamykane, idziemy kupić torebkę na imprezę, która jest w piątek 17.10.

 

 

Dialog 2

 

Dwie Polki ( nie myyy!!!!!!!!!) wracają o 8:30 z afterka z jakimś Teksańczykiem (który o dziwo nie miał bazuki!)

 

Polki (nie my): Do You even know where Poland is?    (tłum.red.: Czy ty w ogóle wiesz gdzie jest Polska?)

Teksańczyk:    Of course! It's to the east from Germany, and to the north from Czech Rep. And do you know where Texas is?   (Pewnie! jest na wschód od Niemiec i na północ od Czech. A wiecie, gdzie jest Texas?)

Polki ( nadal nie my): Of course! It's 70 miles from Dallas!  (Pewnie! Jest 70 mil od Dallas!)

(long pause) (długa pauza)

Teksańczyk:    Yeah...well, Dallas actually IS IN Texas... (Taaa....właściwie to Dallas JEST W Texasie...)

 Polki (cały czas nie my) : In your face (W twoją twarz).

 

I my się teraz pytamy: GDZIE BYLI WTEDY RODZICE? NO GDZIE?!

 

 

Dialog 3

 

Siedzimy na zajęciach z jakiejś psychosocjologi konsumenta i rozmawiamy sobie o tym jakby tu schudnąć. Jakie ćwiczenia będziemy robić, jak będziemy się odżywiać, żadnych tłuszczów, słodyczy itd. Nagle facet pisze na tablicy FRIED EGG (Jajko sadzone) i zaczyna mówić o tej teorii (nie pytajcie co to, nie mamy pojęcia... Zakładamy, że to teoria z rodziny teorii 'nóg włożonych między drzwi', 'miski ze spaghetti', 'niskiej piłki' itp itd...)

 

- U U! Zjadłabym takiego fried egga!

- No...

- Ale z frytkami!

- I majonezem!

- Albo w ogóle same frytki bym zjadła!

- Nooo! Z majonezem...Robimy na obiad!

 

Nie ma to jak dieta…

 

 

 

P.S. Poniżej kilka zdjęć:  zdjęcie wiatru, Pani Wyszomierskiej jako niedorobionego nietoperka, Pani Gos, co niby włosy suszy i naszych polskich i amerykańskich znajomych, no i oczywiście nosotras J

P.S.2. A dla uzupełnienia tego mega ambitnego posta, piosenka o dziewczynie, która lubi benzynę… Też nie wiemy o co chodzi…

 

Pozdrawiamy Wszystkie Kurczaki!

(download)

(download)