Rok za rokiem...
Minął rok od końca naszej fantastycznej przygody na południowych wybrzeżach słonecznej Hiszpanii, w zabytkowych murach pięknej Granady. Nie umiem wyrazić tęsknoty, jaką żywię za tym miejscem i za jego niezapomnianymi widokami. W zasadzie coraz częściej przekonuję się, że to nie tęsknota za samą Granadą, ale za wszystkim co się z nią łączyło i po czym zostały wspaniałe wspomnienia i lekkie rozgoryczenie, że nie zrobiłam więcej, że nie zapamiętałam więcej, nie zwiedziłam więcej, nie poznałam więcej, nie kochałam mocniej i że nie sprawiłam, aby czas mijał wolniej, podczas gdy ja mogłabym wkładać więcej momentów i emocji między wskazówki nieubłaganego zegara, z którym przecież walczyć nie ma sensu.
Teraz myślę o samych początkach, o Maladze, o pierwszych fiestach, karaluchach, wycieczkach, Uni, Meksykańczyku z bazooką, zachodzie słońca, o górach (ach, te góry!), o autobusie, o Alcampo (Boże, gdzie moje pieniądze?), o sklepach z ubraniami (bluzka za 2 ojro), o alkoholu (którego nie żałuję ani kropli, nawet pamiętając poranki…), o Santanderze i Movistarze, o cudownym morzu i upalnych dniach, kiedy nic się nie chciało robić… i nic się nie robiło, o telenoweli, w której koleś przez 20 minut mówił, że już idzie i wciąż stał w kuchni, o planach, z których nic nie udało się zrealizować i o wszechobecnej zajebistości, która wówczas roztaczała nad nami opiekę.
Każde słowo na tym blogu traktuję nie tylko jako wspaniałe przypomnienie niesamowitej przygody, ale jako część czegoś, co pozostanie na zawsze, do czego można wrócić, gdy mam zły humor, gdy nic się nie układa czy po prostu kiedy mam ochotę. Zamykam wtedy oczy i wracam właśnie tam – na Pedro Temboury 25, siedzę w dresiku z Ballantinen’sem i jem słodki popcorn. Właśnie wróciłyśmy z Gos ze sklepu i mamy nową pościel. Planujemy założyć barek i co jakiś czas napić się drinka. Plan był świetny, nawet nam się to udało. Nasz barek codziennie składał się z jednego alkoholu i był w stanie przetrwać jakieś 3 godziny.
Potem myślę o locie Katowice – Barcelona – Malaga. Najgorsza podróż życia, dzięki której wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych (nie, Gos?). Pamiętam trud, pamiętam jak było ciężko, jak miałam dosyć i chciałam się poddać. Teraz każda cząstka z tych emocji ma wartość, o której wtedy nawet nie marzyłam.
Myślę o wycieczkach, których w końcu, aż tyle nie było, ale udało się je zorganizować, udało się zwiedzić porządny kawałek południa. Cudowne Costa del Sol, fantastyczna Costa Blanca, samojeżdżacy samochód samobójca, mnóstwo śmiechu i mnóstwo słońca. Każdy moment z tych wyjazdów staram się wyjmować z zakamarków pamięci i odświeżać, co jakiś czas, bo ten okres ma wartość wyjątkową.
Potem przypomina mi się szkoła: stołówka, zajęcia, pisanie prac, brak rozumienia podstawowych informacji przekazywanych przez pozytywnie nastawionych nauczycieli, niezbyt długo trwające próby nauki czegokolwiek, kanapki z pastą pomidorową (jak one się nazywały?), piwo w trakcie zajęć, sześć polek na jednym przedmiocie, strach, że ktoś mnie o coś zapyta, prezentacje przed trzydziestoma osobami, mówiąc/czytając coś, czego nie rozumiem do dziś. Jakże inna to była szkoła od tej, którą mamy w Polsce, którą mam teraz?
Myślę też, o ludziach: o Monice, której dziękuję po raz kolejny za wspaniałe przyjęcie, o Marcie i Adze, o Sylwii, Ani, Malwinie, Vanessie, Michale, o znajomych z kursu, o Stefanie i Danielu, o sporej liczbie przypadkowo spotkanych i zapomnianych osób oraz innych, których, wybaczcie nie chce mi się wpisywać ;), ale pamiętam Was! Bo gdyby nie Wy, to ten wyjazd miałby przecież tak zupełnie inny charakter! A przede wszystkim o mojej kochanej Gos :*
Myślę o tym wszystkim nie bez obawy. Czy uda mi się to zapamiętać na zawsze? Ile z tego wyblaknie w pamięci, a ilu wspomnieniom dziurawe jak sitko naczynia umysłu pozwolą umknąć? Ile z tego wyblaknie w promieniach innych zdarzeń, z pewnością ważniejszych? I cieszę się, że miałam okazję doświadczyć tego, bo dziś jestem osobą tak zupełnie inną niż pod koniec sierpnia 2008 roku, gdy wyjeżdżałyśmy. Magiczne chwile zdarzają się tak rzadko! A co dopiero magiczny rok…
Za każdą sekundę, za każdą minutę, za każdą godzinę, za każdy dzień, za wszystko – dziękuję…



